11-10-16

   Rok temu siedziałam dokładnie w tym samym miejscu, zastawiając się co jeszcze może mi uprzykrzyć życie, jak złe może ono być. Byłam na skraju. Skraju dosłownie wszystkiego. Odeszli ode mnie „wielcy przyjaciele”, mój „idealny” związek się sypał, a ja, biedny pokrzywdzony pępek świata, chciałam uciec gdzieś daleko, tam gdzie mnie nie znajdą. Niestety, oni wiedzieli gdzie jestem.
Dokładnie rok temu i niecały dzień, po lekcji polskiego, podszedłeś do mnie i dałeś mi ostatni prezent. Fioletowe pudełko po butach, całe od krepy, z przyklejoną w środku kartką, z wyznaniem tej „idealnej” ” miłości”. W pudełku leżała koszulka treningowa, i różowy daszek, teżna trening. Wszystko takie, jak chciałam. Albo raczej dowiedziałam się, że chce w chwili, gdy dostałam.
Przez kolejny miesiąc, wytracałam ostatnie krople potu, by naprawić to co zepsułam. Niestety, byłam na straconej pozycji. Później było już tylko gorzej.
Upadłam na dno. Dno dna totalnego. Niżej niż wrak Titanica. Maszerowałam sobie po dnie, bardzo swobodnie, swoją drogą, tak, jakbym znała tę drogę na pamięć. Po drodze, w ramach tych cichych, chorych, smutnych dni, darowałam sobie jedzenie, myślenie, naukę, za to pozwałam sobie na płacz.
Tak mijały mi dni, spadły chyba ze 2 piękne kilogramy, i w końcu zaczęło było lepiej. Słońce zrobiło się całkiem żółte, drzewa zielone, a mi przestały puchnąć oczy od płaczu.
W szczęściu powrotu do żywych, zapomniałam kim jestem. Rzuciłam to co było dla mnie najważniejsze, to co wyznaczało mi w życiu jeden, jedyny pierdolony cel – moja największa miłość życia, moje ukochane wiosełka.
Jak się z tym czułam? Na początku poczułam ulgę, ogromną ulgę, że w końcu mogę zacząć „normalnie” żyć. Fajne imprezy, trochę tytoniu ( o zgrozo, żeby tylko trochę…), pól litra wódki, jakiś klub, może pub, w sumie nie ważne. Miało być głośno, pijanie, miało być dużo ludzi i strefa dla palących. I wiesz co? I gówno. Zmarnowałam wszystko co miałam. Oddałam miłość życia za kilka imprez, paczkę fajek i kilka głębszych. Odebrałam sobie życie. Popełniłam samobójstwo.

 Jednak wciąż żyję. Moje serce chamsko bije nieprzerwanie, i skurwysyn nie chce przestać, nawet jak ładnie prosiłam. Już nie proszę, choć kusi, bo perspektywa życia bez wioseł powoli mnie zabije, a w marcu stuknie rok. Wszystko inne się poukładało. Jestem z właściwą osobą ( O Pani Boże, spraw, żeby to był „ten”), mam przy sobie tych prawdziwych przyjaciół, tyko brakuje mi siebie.

Ciężko żyć bez wiary w to kim się jest, co się robi, jaki ma się w życiu cel. Ja wszystko co miałam, udusiłam w kłębach dymu, zatraciłam w kieliszkach wódki i kuflach po piwie. Zostawiłam sobie tylko to, co zawsze ze mną było – jebaną nienawiść do siebie i  bezradność. Obie te rzeczy kiedyś mnie zabiją, i liczę, że później niż wcześniej, bo może się z tego wyleczę.

A od dziś ( po raz milion sześćdziesiąty szósty) zaczynam walkę o siebie, tylko kurwa, nie mam pomysłu jak.

Trzymaj kciuki,

EM. (kto?)